![]() | hasła: A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S Ś T U V W Y Z Ż 0-9 inne |
|
Pierwsze kroki w drugim życiu - Second Life Za 10 dolarów możesz mieć drugie życie: być pięknym, zarabiać krocie, a nawet wybrać sobie płeć. W grze „Second LifE”, najnowszym fenomenie Internetu, mieszkają już cztery miliony ludzi. A wirtualny świat – ze swoim społeczeństwem, gospodarką i polityką – zaczyna dublować rzeczywistość.Latanie jest niepraktyczne. Można tu latać jak we śnie, ale znacznie lepsza jest teleportacja. Owszem, bywa zawodna. Po niedawnej teleportacji miałem przez moment szersze biodra i spory biust. Mimo to dziś skoczyłem do sklepu i przytargałem mały teleporter, który pozwoli mi się szybciej przenosić z domu do biura. O chodzeniu nie wspominam w ogóle, bo kto by się poruszał piechotą po krainie o powierzchni Poznania, a do tego składającej się z setek wysp? „Second Life” to świat olbrzymi, zamieszkany przez ponad cztery miliony ludzi, choć fizycznie istniejący tylko na serwerach pewnej firmy informatycznej z San Francisco. Już nazwa sugeruje, że nie chodzi tu o smoki i wojny. W „Second Life” rozrywką ma być samo życie. Uczestnicy mogą kupować ziemię, budować domy, handlować wytworzonymi przedmiotami, chodzić na koncerty i do kina, zawierać nowe znajomości. Wszystko, rzecz jasna, wirtualnie. Wstęp nic nie kosztuje – wystarczy zarejestrować się na www.secondlife.com i spędzić parę godzin na żmudnym tworzeniu swojej wirtualnej postaci – awatara. No i na nauce podstaw: poruszania się, komunikowania, szukania miejsc, ludzi i grup towarzyskich w gigantycznym świecie „Second Life”, w skrócie SL. Gigantycznym i wciąż rosnącym, bo gdy trzy miesiące temu wchodziłem do SL, cały system miał dwa miliony zarejestrowanych użytkowników. A gdy piszę te słowa, jest ich już 4 135 179, czyli dwa razy więcej. Są wśród nich martwe dusze, ale półtora miliona zaglądało tu w ciągu ostatnich 60 dni, a w ciągu ostatniej doby wydano półtora miliona najprawdziwszych, zielonych amerykańskich dolarów. W grze płaci się co prawda specjalną wirtualną walutą – lindenami – ale tę można kupić po kursie na poziomie 270 lindenów za dolara. Ekonomiczny wskaźnik LindeX określa ten kurs codziennie, podobnie jak transfery pieniędzy i zakupy gruntów. Prawo wymiany pieniędzy i zakupu ziemi mają płatni uczestnicy, których jest kilkadziesiąt tysięcy. Pełne „obywatelstwo” kosztuje 9,95 dolara miesięcznie. Abonenci konsumują, tworzą i handlują – napędzają tutejszą gospodarkę. Kto nie zauważa podziału na płatnych i bezpłatnych, będzie miał takie wrażenia jak korespondent tygodnika „Time”, który zajrzał do SL na parę dni, by stwierdzić w swoim artykule, że w całej grze chodzi głównie o pogaduszki, flirty i namiastkę seksu. I że wszyscy poszukują – niczym świętego Graala – organów płciowych, których standardowy awatar nie ma na wyposażeniu, a które można dokupić lub dostać od kogoś (sic!) w prezencie. To fakt, wchodząc do SL, myślałem o imprezach, wirtualnych koncertach (awatary Suzanne Vegi, grupy U2 i Jaya-Z grały tu „na żywo” w ubiegłym roku), występach znanych osób (Kurt Vonnegut pojawił się z odczytem) i pogaduszkach z ludźmi z całego świata. Ale rozrywka to nie wszystko. Z trójwymiarową grafiką, dźwiękiem i komunikacją na odległość „Second Life” staje się symulatorem społeczeństwa – z kulturą, ekonomią i polityką włącznie. A mój awatar Bart Francis tak bardzo zaaferował się zwykłym życiem, że do tej pory nie sprawił sobie penisa. Najbardziej zaganiani są w tym świecie projektanci – nie tylko ci od butów, odzieży, seksownej bielizny i wieczorowych fryzur, ale też ci od domów, drzew, parków. Wszystko trzeba zaprojektować, a to czasochłonne, więc kosztuje. Właściciele kasyn z rzędami jednorękich bandytów („wpłać lindena, a może wygrasz tysiąc”) zarabiają nie gorzej. Jest i najstarszy zawód świata – tu bardziej w postaci panien do towarzystwa niż prostytutek, bo seks w SL można tylko udawać. Przynajmniej na razie. Jest wreszcie praca w mojej profesji. Nabór dziennikarzy prowadzi agencja prasowa Reutera, która otworzyła już oddział w „drugim życiu”. Autorów szukają też najpopularniejsze wychodzące tu gazety: „Second Life Herald” i „Second Life Insider”. Sami producenci SL z Linden Lab też poszukują ludzi, którzy pomagaliby żółtodziobom poruszać się w wirtualnym świecie i sprawiliby, że gra rozwijałaby się bardziej płynnie. Wystarczy skontaktować się ze specem od rekrutacji – oczywiście najlepiej znaleźć go na miejscu w SL. Bariera językowa to dziś główny problem mieszkańców tego świata. Tak duży, że w zestawieniu najatrakcyjniejszych gadżetów SL pismo „Wired” umieściło na pierwszym miejscu „Translation HUD”. Wirtualne urządzenie można kupić za jedyne tysiąc lindenów, a tłumaczy 10 języków, w tym arabski i japoński. W SL pracują także naukowcy – wirtualne odpowiedniki tych prawdziwych. Najsłynniejszy projekt dotyczy komunikacji interpersonalnej. Zespół badaczy ze Stanfordu ustalił, że odległości, w jakich stają od siebie awatary, odpowiadają dystansom z normalnego życia. Czyli mężczyźni stają dalej od siebie niż kobiety albo para kobieta–mężczyzna. W SL panuje porządek. Działa tu policja, ale każdy może zgłosić naruszenie reguł, które z grubsza pokrywają się z tymi obowiązującymi w normalnym świecie. Jednak to nie zmienia faktu, że podziemie istnieje. Hakerzy urządzają ataki w obrębie SL. Pojawiły się też brzydkie zabawy, w których gracze w SL projektowali sobie dziecięce awatary, aby potem dzięki dostępnym animacjom symulować uprawianie seksu w postaci karalnej w zwyczajnym świecie. Drugiego klienta mi właśnie wylogowało, więc możemy rozmawiać – mówi Al Prospero, jeden z najlepiej sytuowanych polskich biznesmenów w „Second Life”. Odwiedziłem go w regionie Cairnlow, w biurze jego firmy B Product produkującej między innymi gotowe projekty domów i biur. Przed budynkiem wisi polska flaga. To rzadki widok w SL. – Jest nas tu troszkę, ale trzy miesiące temu było prawie pusto – komentuje Prospero, który działa od dwóch miesięcy, a na większą skalę dopiero od miesiąca. – Mam traffic na poziomie 2500, to niezły wynik jak na miejsce, które istnieje tak krótko. Traffic, czyli „ruch”, to w SL dość istotne pojęcie. Liczba awatarów przewijających się przez nasze wirtualne progi stanowi o prestiżu miejsca, a jeśli prowadzimy biznes – o utargu. Są miejsca z ruchem powyżej stu tysięcy, ale to głównie kasyna i świątynie rozpusty. Dla zwykłych przedsiębiorców kilka tysięcy to sukces, ale żeby je zdobyć, trzeba ciężko pracować. Prospero zaczyna o godzinie 22 czasu polskiego. W grze to godzina 13, bo obowiązuje tu czas zachodniego wybrzeża USA, gdzie mieści się siedziba Linden Lab. Pracuje kilka godzin, do późnej nocy, bo zleceń jest coraz więcej, szczególnie tych indywidualnych, na których najlepiej można zarobić. – Tylko dwa były „polonijne”: mój sklep i klub Syrenka – dodaje Prospero. Tyle że w tym ostatnim – choć można spotkać rodaków, porozmawiać i potańczyć – akcentów narodowych brak. Na pocieszenie Polakom w SL pozostaje więc obserwowanie kariery Cezarego Fisha, na co dzień muzyka Cezarego Ostrowskiego (nagrywał między innymi w projekcie Bexa Lala i w duecie z Marcinem Świetlickim), jednej z nielicznych tu znanych osób z Polski. Albo zapisanie się do skupiającej krajan grupy Polish SL Players. Jeśli widzicie osobnika z wyświetlającym się nad imieniem i nazwiskiem hasłem „Polska Mafia”, to zapewne trafiliście na jednego z naszych. Polaków w SL może być w tej chwili kilkanaście tysięcy. Nie mieścimy się nawet w pierwszej dziesiątce. Najwięcej jest Amerykanów (31,2 procent), silną reprezentację mają Niemcy, Brytyjczycy i Francuzi (na drugim miejscu – 12,7 procent). Tę ostatnią nację widać w debatach politycznych, które rozgorzały w SL, odkąd komitet wyborczy kandydata na prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego wybudował własną wyspę, a Jean-Marie Le Pen zainaugurował swoją kampanię w klubach wirtualnego Frontu Narodowego. Ale to Szwecja założyła pierwszą ambasadę w „Second Life”. 99 procent przedmiotów w SL wyszło spod ręki użytkowników, a nie z pracowni Linden Lab. Każda z kilkunastu tysięcy istniejących tu małych firm zarobiła dotąd od kilkuset do kilku tysięcy dolarów, a B Product to płotka przy firmach zajmujących się urządzeniem wirtualnych krain i przenoszeniem prawdziwego życia do „Second Life”. Nowe adidasy, samochód Toyoty, nagrania Christiny Aguilery – to wszystko już tu jest. Wielkie koncerny zorientowały się, że gra z takimi obrotami i tak masowym dostępem to relatywnie tanie miejsce do reklamy i promocji. Sprzedają więc swoje produkty po kilkadziesiąt lindenów (równowartość paru centów) – przede wszystkim po to, by klienci kupowali je potem w prawdziwym życiu. Ale „Second Life” ma też dla bizensu inne, bardziej zaawansowane zastosowania niż prosty marketing. Firma Starwood Hotels przed otwarciem nowego hotelu wstawiła do SL jego wirtualną wersję, by podejrzeć nawyki użytkowników i lepiej przygotować się do obsługi klientów w „realu”. Z kolei w biurze IBM awatary prawdziwych pracowników spotykają się na wirtualnych naradach służbowych. Słynna Niemka chińskiego pochodzenia Ailin Graef, która jako Anshe Chung pierwsza zarobiła w SL równowartość miliona dolarów (patrz ramka), też zajmowała się kreacją, tworzeniem możliwie pięknych i realistycznych miejsc, domów, osiedli. Konkurują z nią takie firmy jak Millions Of Us, która przeniosła do SL nowy model toyoty i wybudowała tu wirtualną siedzibę agencji reklamowej Leo Burnett; Rivers Run Red – to ona przeniosła w wirtualny świat buty Adidasa sprzedane tu jak dotąd w ponad 20 tysiącach sztuk; a wreszcie Electric Sheep specjalizująca się w tworzeniu wyimaginowanych scenerii znanych z filmów czy książek, choćby rzeczywistość sagi „Star Trek”. – Te wszystkie wirtualne światy to platformy komunikacyjne kolejnej generacji – twierdzi szef CBS Interactive Quincy Smith, którego firma wyłoży na projekty w SL kilka milionów dolarów. Z kolei Sibley Verbeck, który kieruje firmą Electric Sheep, opisał poziom rozwoju rzeczywistości wirtualnych jako „wczesne stadium” – jego zdaniem jest on porównywalny z rozwojem Internetu w połowie lat 90. I wprawdzie słowa te zanotował dziennikarz Agencji Reutera zajmujący się w tej chwili wyłącznie grą „Second Life” (akredytowany tu na stałe Adam Pasick przyjął w grze nazwisko Adam Reuters), ale wypowiedział je człowiek, którego firma ma już kolejnych klientów: MTV, AOL i NBC. Dla każdej z tych firm zaprojektuje w grze oddzielny świat. Biznesu w „Second Life” jest już tyle, że Kongres USA debatuje nad tym, jak opodatkować zyski osiągane w „drugim życiu”. Nie sposób nie rozwinąć dalej słów Verbecka. Otóż właśnie w połowie lat 90. wielkie firmy masowo zakładały sobie serwisy internetowe. I nie robiły tego dlatego, że przez WWW można już było zarabiać. Zresztą w sieci nie było wtedy ani plików audio, ani plików wideo. Były tylko teksty i skromna, powoli ładująca się grafika. Właśnie wtedy o stronach internetowych myślano jako o wizytówkach. Z „Second Life”, który wydaje się swoistym Internetem 3D (oferuje możliwość komunikowania się i pokazuje w trzech wymiarach to, co mają do przekazania strony WWW), sprawa ma się dokładnie tak samo. Wchodzące tu firmy mówią nam w ten sposób: „Jesteśmy”. I czekają na rozwój wypadków. Tyle że tu wszystko zmienia się nie z roku na rok – jak w pionierskich czasach zwykłego Internetu – ale z godziny na godzinę. Protesty są tak stare jak „Second Life” – ludzie zbierali się, wznosząc hasła przeciwko opodatkowaniu (każdy posiadacz gruntu musi płacić firmie Linden Lab, a i sam abonament też jest formą opodatkowania). Dwa miesiące temu Anshe Chung podczas wystąpienia publicznego została zaatakowana przez grupę ludzi z doczepionymi penisami i transparentami, którzy wznosili agresywne okrzyki. Inne akcje sugerują już, że w SL szykuje się prawdziwa – choć znów wirtualna – rewolucja. W październiku grupa uzbrojonych awatarów wdarła się do sklepu Reeboka, wykrzykując komunistyczne hasła. Potem ta sama grupa wysadziła wirtualną bombę przed tutejszą siedzibą firmy odzieżowej American Apparel i wdarła się z protestem na spotkanie związane ze Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Autorem wszystkich zadym była Second Life Liberation Army – po polsku Armia Wyzwolenia Second Life. Nazwa i budynek SLLA wyglądają groźnie, ale to pozory. Marshal Cahill, szef organizacji, odzywa się od razu, gdy dostaje wiadomość od dziennikarza z Polski: „Jestem zajęty, ale porozmawia z tobą Keks, ona jest naszym mózgiem, jeśli chodzi o politykę” – pisze do mnie. Keks to zdrobnienie od Keksakallu. Keksakallu Klata uspokaja – symulowane akcje zbrojne to nie meritum działalności SLLA. Dziś starają się raczej rozszerzać struktury, apelować do jak największej liczby użytkowników. – Kluczowe pytanie brzmi: czy przy rozwijaniu „Second Life” jego twórcy będą się kierować interesem dużych koncernów, które prowadzą tu biznes, czy jednak dobrem i głosem ludzi, którzy tu żyją – mówi Keks. – Traktujemy to poważnie – dodaje. Właśnie. Gdyby postrzegało się SL wciąż jako grę, nie byłoby problemu. Ale członkowie SLLA patrzą na ten świat poważnie. Widzą sterowaną gospodarkę i politykę wobec użytkownika, którą wyznaczają interesy Linden Lab. SLLA żąda realizacji zapisanego w licencji gry hasła twórców, które mówi, że: „Każdy może decydować o losach tego świata”. SLLA chce zatem wolnych wyborów i życzy sobie, by światem awatarów rządziły demokratycznie wybrane... awatary. Naciski nie pozostają bez odpowiedzi. Philip Rosedale, szef Linden Lab, ogłosił miesiąc temu udostępnienie kodu źródłowego przeglądarki „Second Life”. Program będzie mógł być poprawiany przez użytkowników tak jak Linux czy Firefox. Ale to nie rozwiązuje problemu władzy w samym świecie – ta bowiem zostaje przy twórcach. Na razie Linden Lab ma bardziej przyziemny problem. Serwery firmy są stale przeciążone, a program ledwo nadąża z obsługą rosnącej liczby użytkowników. Wielu komentatorów uważa, że SL może stać się sposobem na prywatyzację i zmonopolizowanie Internetu. „Od pewnego momentu światem tym powinna kierować organizacja non profit, coś na kształt Wikipedii” – pisał Michael Arrington z serwisu TechCrunch – „A różne firmy i organizacje powinny dołączać do systemu swoje wyspy i terytoria na wolnych zasadach”. W grudniu ubiegłego roku na jednej z ulic „Second Life” pojawiło się małe murzyńskie dziecko, a przed nim mały karton z napisem „Pomóż dzieciom dostać drugą szansę w ich Pierwszym Życiu”. Awatara stworzyła hiszpańska organizacja charytatywna Mensajeros de la Paz, która zebrane lindeny wymienia i wydaje na rodzinne domy dziecka. A więc nie tylko komercja! Zaraz później zmroziła mnie wiadomość, że koncern Axel Springer już zaczyna prowadzić tu interesy, wydając tabloid „The AvaStar”... Czas zabierać się do roboty, budować struktury terenowe. Wykupiłem abonament i nabyłem parcelę wielkości 256 metrów kwadratowych. Wybudowałem biuro, ozdobiłem je logo „Przekroju”, wstawiłem kanapę, automat z kawą, a na ścianie powiesiłem zdjęcie pierwszego redaktora pisma – Mariana Eilego. Łącznie kosztowało to jakieś 40 prawdziwych dolarów. Kiedy wieszałem okładkę nowego wydania „Przekroju”, zaczepił mnie przechodzień o nieco dziwacznym nazwisku Trobrannus Bade. – Właśnie kupiłem tę parcelę obok – powiedział. – Co robisz? – Miło mi. Jestem dziennikarzem z Polski, urządzam biuro – odparłem. – Polska? Ja jestem z Australii, ale mój ojciec jest Polakiem, pochodzi z Warszawy. – Tak? No cóż, ja właśnie jestem w Warszawie. – Będę leciał, ale powiedz mi jeszcze: co to takiego ten „Przekrój”? – rzucił na koniec sąsiad. – Zapytaj ojca, powinien wiedzieć. I nawet mnie nie zdziwiło całe to spotkanie. W końcu z punktu widzenia „Second Life” Australia leży tylko dwa kroki stąd. A nasz świat to strasznie dziwne miejsce, w którym ludzie nie zaczepiają się na ulicy, pytając: „Jak się masz?”, nie noszą na co dzień strojów wieczorowych, a do Australii lecą samolotem 20 godzin, zamiast zwyczajnie się teleportować. Bartek Chaciński
|
|
|
Zobacz książki: Linki: Mapy stron | Katalog ©2000-2010 i-slownik.pl - Słownik Slangu Informatycznego Wszelkie prawa zastrzeżone. (All rights reserved.) | ![]() |